Ciemna strona „nieciemności” – historia „radowych dziewczyn”

Ciemna strona „nieciemności”

 

Książka Kate Moore pt. „Radium girls” opisuje historię grupy dziewczyn pracujących przy malowaniu tarcz zegarków. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że do malowania używano świecącej farby zawierającej promieniotwórczy pierwiastek rad. Dokładnie ten rad, który odkryła Maria Skłodowska i Piotr Curie. Trzeba wspomnieć, że w tamtym czasie nie funkcjonowała żadna ochrona radiologiczna, a wpływ promieniowania jonizującego na zdrowie nie był jeszcze powszechnie znany. Zaczęto prowadzić badania potwierdzające skuteczność radu w terapii chorób nowotworowych. Co więcej, był to czas tzw. radowego szaleństwa. Słabo jeszcze wtedy poznany pierwiastek radioaktywny był dodawany do wszystkiego: od kosmetyków, przez żywność (chleb z radem, radowa czekolada), a kończąc na zabawkach dla dzieci, radioaktywnych poduszkach i radowych odpowiednikach dzisiejszej viagry. Rad miał być lekarstwem na wszystko, a do tego pięknie świecił bez żadnego zasilania. Ta własność idealnie spełniała swoje zadanie na wskaźnikach wojskowych samolotów. Ale wykorzystywana była też po prostu do ozdoby i stała się elementem przedmiotów codziennego użytku.

Tym bardziej więc zarzuty stawiane radioaktywnej farbie i próby powiązania dolegliwości, z jakimi zmagały się pracownice, z radioaktywnym pierwiastkiem wydawały się być absurdalne. Bo jak z jednej strony coś mogłoby nas leczyć i być dopuszczone do codziennego użytku, by jednocześnie w niewielkich, wręcz śladowych ilościach – jak zapewniali właściciele fabryki – okaleczać i zabijać?

Początkowo praca w fabryce świecących zegarków była posadą marzeń

United States Radium Corporation zatrudniało tylko wybrane młode dziewczęta, zapewniając im przyjemną atmosferę, ciekawą pracę i przede wszystkim wysokie stawki. Prestiżowa posada dodawała im blasku w przenośni i dosłownie, bo po wyjściu z fabryki, całe ich ubrania i włosy pokrywały resztki radioaktywnej farby. Często dla zabawy dziewczyny wykorzystywały niezużytą nadwyżkę materiału malując sobie usta albo paznokcie. Potem w ciemności wyglądały jak duchy spowite „magicznym” radioaktywnym blaskiem. Dodatkowo była to praca z misją, bo część zegarków miała „wspierać wysiłek wojenny”. Niektóre z dziewcząt zaczynały pracę mając zaledwie kilkanaście lat. Nie miały pojęcia, że są to jednocześnie ostatnie lata ich krótkiego życia.

Zatrucie radem

Choroba zawodowa, później nazwana zatruciem radem, miała potworne objawy. Niegojące się i bardzo bolesne rany po wypadających zębach, wypadające fragmenty żuchwy, bóle kości spowodowane kumulującym się w kościach, stale emitującym promieniowanie radem. Co najgorsze, zmiany te były nieodwracalne. Radowe dziewczyny patrzyły, jak ich koleżanki umierają i same czekały na koniec swojego cierpienia. Ale przede wszystkim czekały na sprawiedliwość.

Firma, dla której liczył się tylko zysk, próbowała zatuszować całą sprawę. Najpierw bagatelizowała problem i jakiekolwiek dowody, które mogły postawić ją w niekorzystnym świetle i tym samym rzucić cień na odnoszącą sukces korporację. Potem jednak, kiedy problem zatrucia radem dotknął wielu kobiet, które jedna po drugiej przerywały milczenie, i decydowały się dochodzić swoich praw w sądzie, posuwała się do takich metod jak podstawianie swoich przekupionych lekarzy, którzy nie informowali pracownic o ich rzeczywistym stanie zdrowia i wydawali nieprawdziwe orzeczenia. W tej sytuacji Radowe Dziewczyny często pozostawały bezradne, a co gorsze, często żyjąc w przeświadczeniu o nieszkodliwości radu, nadal każdego dnia przyjmowały kolejne dawki radioaktywnej substancji.

Wiele z nich nie doczekało upragnionej sprawiedliwości. Niektóre otrzymały prawidłową diagnozę dopiero wiele lat po śmierci, gdy ich szczątki poddawane badaniom, nadal były silnie radioaktywne.

Dziś oczywiście farba radowa nie jest już używana do produkcji zegarków.

Można jednak znaleźć pozostałości „ery radowego szaleństwa” na targach staroci czy pokryte warstwą kurzu i zapomniane gdzieś na strychu u babci.

Czy mogą być one niebezpieczne?

To zależy. Po pierwsze od tego, jak duża jest moc dawki emitowanej przez zegarek, jak długo mamy z nim kontakt i z jakiej odległości. Warto tu jednak zaznaczyć, że w większości zegarków osobistych, ilość farby była niewielka, więc i „ilość” promieniowania nie jest szkodliwa. Kompletne zegarki, które potencjalnie mogłyby mieć kontakt z naszym ciałem w trakcie ich noszenia na nadgarstku, mają metalową obudowę, która pełni rolę osłony dla części emitowanego promieniowania. Na zegarek patrzymy z pewnej odległości, więc też minimalizujemy wpływ promieniowania, bo moc dawki maleje z kwadratem odległości.

Co może budzić ewentualny niepokój? Niekompletne zegarki z nieosłoniętymi elementami pokrytymi farbą radową, ponieważ wtedy istnieje ryzyko skażenia wewnętrznego, czyli dostania się radioaktywnej (i wciąż emitującej promieniowanie) substancji do wnętrza organizmu.

Nie bez znaczenia jest fakt, że czas połowicznego rozpadu radu, czyli czas po którym jego aktywność maleje o połowę, wynosi ok 1600 lat, więc jeszcze długo będzie świadectwem tej historii zapisanym w atomach…

 

 

 

czarno białe zdjęcia: http://www.libraries.rutgers.edu/history_of_medicine/manuscripts/us_radium_corporation

zegarek z farba radową: własność Anonimowego Dozymetrysty z www.promieniowanie.blogspot.com, pożyczona na potrzeby występu w FameLab Polska 2020

 

 

Boisz się promieniowania? OTWÓRZ okno!

W ostatnim tygodniu docierały do nas informacje o zagrożeniu radiacyjnym z co najmniej dwóch różnych źródeł.

Zaczęło się od pożarów w Czarnobylu

Nie chcę trzymać w niepewności, dlatego opowiem na dwa pytania na początku:

Czy pożary w Czarnobylu, w bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni mają miejsce? TAK

Czy występuje w tej chwili jakiekolwiek realne zagrożenie dla nas, w Polsce? NIE

Nieprawdziwe informacje dotyczące radioaktywnej zabójczej chmury dementują już w tej chwili wszystkie poważne źródła od ekspertów Ochrony Radiologicznej po oficjalne źródło danych na temat sytuacji radiologicznej kraju – Państwową Agencję Atomistyki.

Gdzie jeszcze szukać rzetelnych i sprawdzonych informacji? Dobrym źródłem jest fanpage napromieniowani.pl na Facebooku. Administratorzy udostępniają informacje z pierwszej ręki, czyli od osób, które w tej chwili przebywają w Strefie. Tam też wiele osób z całej Polsce wrzuca zdjęcia z własnych pomiarów (to może przekona „niedowiarków” i miłośników teorii spiskowych pt.” na pewno źle się dzieje, ale celowo nic nam nie mówią”).

Poniżej moc dawki na Warszawskim Ursusie w dniu 18.04.2020 (wszystko w normie)

Żeby było jasne, nie bagatelizuję problemu. Jest mi osobiście strasznie przykro, bo właśnie jesteśmy świadkami tego, jak bezpowrotnie ginie kawał historii, a z punktu widzenia nauki, tracimy jedyne takie „laboratorium pod gołym niebem”. To miejsce już NIGDY nie będzie takie samo.

Awaria Reaktora Maria czy awaria… zdrowego rozsądku?

Jak się kończy zabawa w „głuchy telefon” wiedzą już dzieci w przedszkolach. Chwilowo mogły zapomnieć, bo placówki są pozamykane z powodu pandemii. Ale my, dorośli, nie powinniśmy zapominać. Przede wszystkim o zdrowym rozsądku.

Nie każdy z nas zna osobiście fizyka jądrowego. To nie jest jakiś wymierający gatunek, ani inny mityczny twór. Istniejemy 😉 Ale umówmy się, jest to dosyć niszowa dziedzina. Nie każdy może złapać za telefon, zadzwonić i zapytać.

Dlatego jestem daleka od tego, żeby piętnować osoby powtarzające takie informacje, jeśli mają ODPOWIEDNIE intencje. A większość osób jednak jest najzwyczajniej w świecie zaniepokojona. I chce wiedzieć, czy coś się dzieje. To dobrze, że pytamy, szukamy odpowiedzi. Ale jednocześnie trzeba się liczyć z tym, co nieuniknione, że ten niepokój będzie się udzielał i będziemy się nim nawzajem „zarażać”.

Wiedza i świadomość dotyczące promieniowania jonizującego wśród nie-fizyków często sprowadza się do znajomości kilku haseł, takich jak „rentgen”, Czarnobyl i elektrownia atomowa. Większość z nas kojarzy hasła, ale czy zapytana, jak powstaje promieniowanie w lampie rentgenowskiej, jest w stanie udzielić poprawnej merytorycznie odpowiedzi?

Prawdopodobnie nie. Ale nie jest to większości z nas potrzebne do szczęścia.  W przeciwieństwie do poczucia bezpieczeństwa, które jest niezbędne. A strach i niepewność są pożywką, którą uwielbiają internetowe trolle, niestety.

Boisz się promieniowania? OTWÓRZ okna!

Nie, nie pomyliłam się ani nie zachęcam do życia na krawędzi i wystawiania swojego zdrowia na próbę!

Odnosząc się do tego typu zaleceń. Jeśli ktoś Ci mówi, że dziś, aby uchronić się przed promieniowaniem, musisz zamknąć okno… to tak jakby Ci powiedział, że jak Ci gorąco to masz włożyć kożuch. I wełniane majty. 

Dlaczego? Już wyjaśniam.

To, co widać powyżej to kołowy wykres przedstawiający dawkę efektywną promieniowania, jaką otrzymuje statystyczny Polak każdego roku (wykres powstał na podstawie Raportu Rocznego Prezesa PAA z 2018 roku). Te wartości każdego roku są zbliżone (na szczęście). Wykres nazywany jest potocznie „serkiem”. Osobiście razi mnie to infantylne określenie, co nie zmieni faktu, że zawiera on dużo istotnych informacji 😉

Całe koło to dawka efektywna pochodząca ze wszystkich możliwych źródeł, tych sztucznych (jak prześwietlenie złamanej ręki) i tych naturalnych jak potas K-40 z bananów, promieniowanie kosmiczne albo naturalne promieniowanie śpiącego obok męża lub innego konkubenta (jak duża dawka, to zależy m.in. od masy i budowy ciała, ale o tym innym razem).

Jak widać zaledwie 35% całego koła to promieniowanie sztuczne, a te najbardziej chwytliwe medialnie, jak awarie czy inne zdarzenia z czynnikiem ludzkim w roli głównej to nieco ponad 0,1 %.

Reszta to promieniowanie ze źródeł naturalnych. Jeśli z nich utworzylibyśmy oddzielny serek wykres to znowu możemy uchwycić proporcje, jak duża dawka pochodzi od poszczególnych składowych. I tym razem aż 65% to dawka od radonu.

Od… czego?

W końcu przechodząc do sedna. Radon to bezbarwny, bezwonny, cięższy od powietrza naturalnie występujący promieniotwórczy gaz szlachetny. Jak mantrę powtarzam to zdanie, od którego zaczyna się większość moich wykładów, większość czytanych publikacji czy studenckich sprawozdań (ze wstępem kopiowanym z Wikipedii). Ale póki co, należy to pojęcie wyjaśniać. Ostatnio podczas wywiadu zapytana o moje zawodowe marzenie odpowiedziałam bez wahania, że marzy mi się taki moment, kiedy wyjdę na ulicę i zapytam pierwszą lepszą osobę, co to radon, a ona mi nie powie, że to miasto w mazowieckim… Chciałabym, aby definicja tego słowa była tak oczywista jak definicja np. smogu. Póki co, spieszę z wyjaśnieniem.

Radon (nie radoM)

Radon to naturalny pierwiastek, który powstaje z obecnego w Ziemi radu (tak, to ten sam rad który odkryła Maria Skłodowska-Curie i jej mąż Piotr). Rad z kolei powstaje z Uranu. Ponieważ rad „żyje” bardzo długo, ponad tysiąc lat, to proces przemiany radu w radon zachodzi nieustannie przez cały czas. Uran, rad i inne naturalne pierwiastki promieniotwórcze to ciała stałe. A radon jest gazem. Jako gaz ulatnia się z ziemi, z miejsca, gdzie powstał i staje się składnikiem powietrza, którym oddychamy.

Gdzie jest go najwięcej? Najwięcej jest w Ziemi. Jeśli wydostanie się do atmosfery to miesza się z powietrzem nie stanowiąc zagrożenia (o tym za chwile). Gdy jednak z Ziemi przedostanie się prosto do wnętrza budynku przez szczeliny fundamentów zaczyna się kumulować.

Szybka zagadka. Skumuluje się w piwnicy czy teleportuje na strych? Brawo Sherloku! A jeśli nie masz piwnicy? Może na jego drodze stanie Twoja sypialnia albo pokój dziecka?

Wpływ radonu na zdrowie

Radonu nie widać ani nie czuć, więc bez odpowiednich pomiarów nie da się ocenić czy jego stężenie jest niskie czy wysokie.  A warto to wiedzieć, bo zdaniem Światowej Organizacji Zdrowia WHO, radon to 2 po paleniu czynnik powodujący nowotwory układu oddechowego u ludzi.

Wpływ radonu na zdrowie to temat, który opiszę szerzej w oddzielnym wpisie.

To co powinieneś wiedzieć:

  • Przebywanie w podwyższonych stężeniach radonu może powodować raka płuc.
  • Skala zjawiska? W samych Stanach Zjednoczonych na raka płuc związanego z ekspozycją na radon umiera rocznie nawet 21 tysięcy osób.
  • Ryzyko nowotworu płuc wzrasta wraz ze wzrostem stężenia radonu w powietrzu.

Ale nawet jeśli nie wiesz, jakie jest stężenie radonu w Twoim domu, możesz przeciwdziałać jego gromadzeniu… otwierając okno.

Podsumowując, chcesz ochronić się przed promieniowaniem? To chroń się przed realnym zagrożeniem.

Wyrzuć kożuch, otwórz okno.

Edukacja seksualna to zło…

girls just wanna have fun fundamental human rights

 

Sprawdzajmy u źródła

Kiedy trafiam na kontrowersyjne tematy, które wywołują burzę w mediach, lubię czytać artykuły źródłowe. Takie zboczenie zawodowe. Czerwona lampka mi się zapala, gdy ktoś nie umie podać źródła danych, na które się powołuje. W związku z tym, że czytanie internetowych wpisów czy komentarzy do komentarzy nie zawsze daje jasny obraz sytuacji, znalazłam obywatelski projekt ustawy o zakazie edukacji seksualnej. I czytam.

Czytam z postanowieniem, że najpierw poznam intencje, a potem się do tego na spokojnie ustosunkuję. Tekst jest napisany językiem tak nacechowanym emocjonalnie, jakby był wpisem na prywatnym profilu, a nie urzędowym dokumentem. Ale nie zrażam się. Pisał to człowiek, a człowiek ma emocje. Trudno. Konkretów jest bardzo mało, niestety. (Szerszą opinie wydał na temat jakości merytorycznej Rzecznik Praw Obywatelskich).

Odetchnęłam na chwile czytając o tym, jaki jest obecnie stan prawny, ale to był błąd. Musiałam się mocno skupić i przeczytać dwa razy, bo zgodnie z treścią dokumentu, mówienie o antykoncepcji i chorobach przenoszonych drogą płciową to…zło?

A w samym uzasadnieniu można przeczytać, że rzekomo lekcje o tym, „jak się masturbować” (pod różnymi często mylącymi nazwami. hmm np. „biologia”?) prowadzone są w szkołach bezprawnie, bez wiedzy i zgody rodziców. Serio? Którykolwiek dyrektor szkoły w dzisiejszych czasach by nie dopilnował formalności w tak drażliwej kwestii?

Co można więc zrobić w tej sytuacji?

Na wszelki wypadek usunąć z podstawy programowej budowę układu rozrodczego. (Bo kto o tym uczy podlega karze do 3 lat więzienia). Zastanawiam się tylko jak? Wymazać wszystkie detale z rysunków w rozdziałach o anatomii? Czy zostawić, ale nie mówić co to? Może nikt nie zapyta…

Chodzi o małoletnich, jak czytam. I w pierwszej chwili myślę sobie, że mnie też razi poruszanie takich kwestii z 5-latką. Akurat z człowiekiem w tym wieku mieszkam, więc jestem na bieżąco z jego rozwojem i emocjonalną (nie)dojrzałością. Nie chce, żeby jej ktoś mówił na tym etapie, „do czego służy wagina”. Ale w tych przepisach to ludzie w okolicach 16, a nawet 18 roku życia (młodzież szkolna).

Zaraz zaraz… czy to oznacza, że jeśli pozostawimy 17-18 latków bez informacji na temat rozmnażania człowieka, to w ten sposób opóźnimy wiek inicjacji seksualnej, a w efekcie zapobiegniemy nastoletnim ciążom i rozprzestrzenianiu się chociażby wirusa HIV?

To jest jakiś absurd przecież.

Ważny jest kontekst

Jeśli dodamy do tego fakt, w jaki sposób wychowuje się w naszym kraju „grzeczne dziewczynki” to przecież prowadzi do katastrofy. Ja nie mówię o tym, że dziewczynki mają od najmłodszych lat uczyć się, jak wywracać świat do góry nogami i obalać rząd (chociaż w sumie…?) Nie, w tym momencie mam na myśli to, jak bardzo niepewne jesteśmy naszej wartości, jak mamy „siedzieć cicho, bo dorośli rozmawiają”. I ani się obejrzysz, a jesteś dorosła i nadal Ci się wydaje, że nie masz prawa głosu i nie wolno Ci mówić tego, co myślisz. Albo i myśleć. A już na pewno nie na WSTYDLIWE tematy. Przenigdy.

Z życia wzięty przykład. Mojego własnego. Jak w podstawówce wywołana do odpowiedzi na lekcji przyrody wstałam i wolałam powiedzieć, że się nie nauczyłam, niż opisać męskie narządy płciowe. Ja, która miałam z przyrody same 6. A w wolnych chwilach uwielbiałam czytać hasła z encyklopedii. Dostałam 1. Do tej pory mam traumę po tylu latach i nawet pamiętam, z kim i w której ławce wtedy siedziałam. Pamiętam i mam traumę przez tę historię z nomen omen pałą w roli głównej.

A tymczasem naprawdę, jest jeszcze taki stan gdzieś pomiędzy czerwienieniem się na dźwięk słowa „penis” a lataniem z gołą fujarką po parku.

To właśnie brak wiedzy, a nie jej obecność w szkołach będzie problemem. Jak młoda dziewczynka ma być bezpieczna i chroniona w ten sposób przed molestowaniem albo niechcianą ciążą? Jeśli będzie miała w miarę ogarniętych rodziców, to oni jej powiedzą w odpowiednim czasie, że kupowanie w aptece prezerwatyw to nie wstyd. Podchodzisz do przejścia dla pieszych i ukrywasz się w kołnierzu mówiąc „karramba”, bo jakoś tak ci niezręcznie być odpowiedzialnym za swoje życie i się rozglądać, czy nie jedzie samochód?

Internet jest pełen seksu. W tym złym, ale i dobrym znaczeniu (jest też wiele dobrych merytorycznie treści, które nie odstraszają użytą medyczno-techniczną nomenklaturą). Z kolei media społecznościowe to jest przedziwne miejsce, w którym im więcej „cycków” tym więcej „lajków”. Sprawdziłam ;p

I o ile część z nas ma jakieś tło, jakieś punkty odniesienia, ugruntowany system wartości (że „cycki” nie są najważniejsze), o tyle wyobrażam sobie sytuację, w której nieświadome niczego dziecko wchodzi do tego świata i poznaje naturalne potrzeby człowieka przedstawione w taki, a nie w inny sposób.

„kto propaguje lub pochwala… inne czynności seksualne”. Nie bardzo wiem, jak to rozumieć. Czy naprawdę ktoś, kto to pisał chce mi wmówić, że katechetka albo ksiądz podczas wdż… nie. Nawet tego nie napiszę, bo to nawet śmieszne nie jest. Ale serio, iść za kratki za to, że ktoś powie, że inny czyn czyli np. taka masturbacja to w sumie nic złego? Czytałam kiedyś zaskakujący artykuł, który mi dał do myślenia (nie, nie w Nature, raczej znając mnie to była jakaś „lewacka” Gazeta 😉 ), że młodzi ludzie żyją w przekonaniu, że są najgorszymi grzesznikami i pójdą do piekła, bo dotykają własnych części ciała. A czasem i cudzych :0 (to pewnie jest właśnie ten moment, kiedy rozstępuje się Ziemia i Lucyfer nadziewa na patyk).

Skrajności…

I znowu: naprawdę nie trzeba popadać ze skrajności w skrajność. Jest coś pomiędzy mówieniem, jak to robić, żeby było fajnie (na to, zgadzam się, jest czas później i nie w szkole), a mówieniem, jak to robić, żeby nie zachorować, żeby być na to gotowym psychicznie, żeby nie zajść za wcześnie w ciąże itd.

Czuje psychiczny dyskomfort kiedy pomyślę, że niektórym dziewczynkom się wmawia, że maja okres, bo „to macica płacze, bo znowu nie rozwija się w niej życie”.

Jak bardzo potrzebujemy edukacji seksualnej nie tylko w szkołach, widać nawet wśród dorosłych kobiet. Przykład? Teoria, że „jak się karmi piersią, to nie zajdzie się w kolejną ciążę”-  to mit. Tylko nie aż to groźny, bo powiedzmy sobie szczerze, wpadka w małżeństwie w wieku lat 30 nie jest tym samym, co wpadka dziewczynki rok przed maturą.

 

W odniesieniu do tego, co się teraz dzieje, czyli propozycji zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej – obecne przepisy nie odbierają nikomu szansy na postąpienie zgodnie z sumieniem, jeśli jest przeciwny. To tylko tyle i aż tyle.

A edukacja? Parafrazując klasyka, można mieć nadzieję, że zachowamy swój rozum i dystans do narracji pt „żadne płacze i żadne krzyki nie przekonają nas, że obwód to obwód a średnica to średnica”… 😉

Pierwszy raz

Kiedy poczułam, że lubię występować?

Temat był do pewnego momentu trudny i drażliwy. Niby nie ja jedna byłam nieśmiałym dzieckiem pozbawionym pewności siebie. Ale to nie wszystko. W tym miejscu jestem prawie pewna, że oprócz mnie nikt ne pamięta tego traumatycznego wydarzenia, które mało brakowało, a zrujnowałoby mi życie. [edit: mama pamięta, ale serce matki wybacza wszystko]

Zima. Grudzień. Śnieg za oknem. Szarówka. Pakuję się, biorę wieszak z moja piękna białą sukienką z tiulem. Ręcznie szyta, dziś będę na pewno najpiękniejsza! Tak długo czekałam na ten dzień!

W tym momencie sięgam do kieszeni dresów i zdziwiona wyciągam z nich pomiętą kartkę. Moje serce na chwilę się zatrzymuje, a łzy napływają do oczu. Ale ja wiem że Czasu nie cofnę ani nie zatrzymam. The show must go on. Tik tak tik tak…. wybija godzina zero. Wychodzę ja cała na biało, obok mnie on.

Bałwan.

Moje pierwsze i ku*wa ostatnie… jasełka! I ostatnie nieokupione wymiotami i migotaniem serca publiczne wystąpienie.

Kiecka uszyta (tak, rzeczywiście, byłam najładniejsza. Tiul ponoć ładnie się układał, jak zbiegałam w spazmach ze sceny), ale niestety tekst z wymemłanej kartki znała tylko Pani z przedszkola.

Dzisiejsza ja albo miałabym obcykany tekst, albo wyczuwając klimat imprezy i znając kontekst, że zima, że śnieg itd., spojrzałabym w oczy bałwanka, omiotła spojrzeniem zebranych na sali i mentorskim tonem powiedziałabym, co wiem. A nie co było na kartce.

Czy tak czasem robię w dorosłym naukowym życiu?

 

O tym, co było pomiędzy pierwszym publicznym wystąpieniem a tym ze zdjęcia, w kolejnym wpisie.