Ciemna strona „nieciemności” – historia „radowych dziewczyn”

Ciemna strona „nieciemności”

 

Książka Kate Moore pt. „Radium girls” opisuje historię grupy dziewczyn pracujących przy malowaniu tarcz zegarków. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że do malowania używano świecącej farby zawierającej promieniotwórczy pierwiastek rad. Dokładnie ten rad, który odkryła Maria Skłodowska i Piotr Curie. Trzeba wspomnieć, że w tamtym czasie nie funkcjonowała żadna ochrona radiologiczna, a wpływ promieniowania jonizującego na zdrowie nie był jeszcze powszechnie znany. Zaczęto prowadzić badania potwierdzające skuteczność radu w terapii chorób nowotworowych. Co więcej, był to czas tzw. radowego szaleństwa. Słabo jeszcze wtedy poznany pierwiastek radioaktywny był dodawany do wszystkiego: od kosmetyków, przez żywność (chleb z radem, radowa czekolada), a kończąc na zabawkach dla dzieci, radioaktywnych poduszkach i radowych odpowiednikach dzisiejszej viagry. Rad miał być lekarstwem na wszystko, a do tego pięknie świecił bez żadnego zasilania. Ta własność idealnie spełniała swoje zadanie na wskaźnikach wojskowych samolotów. Ale wykorzystywana była też po prostu do ozdoby i stała się elementem przedmiotów codziennego użytku.

Tym bardziej więc zarzuty stawiane radioaktywnej farbie i próby powiązania dolegliwości, z jakimi zmagały się pracownice, z radioaktywnym pierwiastkiem wydawały się być absurdalne. Bo jak z jednej strony coś mogłoby nas leczyć i być dopuszczone do codziennego użytku, by jednocześnie w niewielkich, wręcz śladowych ilościach – jak zapewniali właściciele fabryki – okaleczać i zabijać?

Początkowo praca w fabryce świecących zegarków była posadą marzeń

United States Radium Corporation zatrudniało tylko wybrane młode dziewczęta, zapewniając im przyjemną atmosferę, ciekawą pracę i przede wszystkim wysokie stawki. Prestiżowa posada dodawała im blasku w przenośni i dosłownie, bo po wyjściu z fabryki, całe ich ubrania i włosy pokrywały resztki radioaktywnej farby. Często dla zabawy dziewczyny wykorzystywały niezużytą nadwyżkę materiału malując sobie usta albo paznokcie. Potem w ciemności wyglądały jak duchy spowite „magicznym” radioaktywnym blaskiem. Dodatkowo była to praca z misją, bo część zegarków miała „wspierać wysiłek wojenny”. Niektóre z dziewcząt zaczynały pracę mając zaledwie kilkanaście lat. Nie miały pojęcia, że są to jednocześnie ostatnie lata ich krótkiego życia.

Zatrucie radem

Choroba zawodowa, później nazwana zatruciem radem, miała potworne objawy. Niegojące się i bardzo bolesne rany po wypadających zębach, wypadające fragmenty żuchwy, bóle kości spowodowane kumulującym się w kościach, stale emitującym promieniowanie radem. Co najgorsze, zmiany te były nieodwracalne. Radowe dziewczyny patrzyły, jak ich koleżanki umierają i same czekały na koniec swojego cierpienia. Ale przede wszystkim czekały na sprawiedliwość.

Firma, dla której liczył się tylko zysk, próbowała zatuszować całą sprawę. Najpierw bagatelizowała problem i jakiekolwiek dowody, które mogły postawić ją w niekorzystnym świetle i tym samym rzucić cień na odnoszącą sukces korporację. Potem jednak, kiedy problem zatrucia radem dotknął wielu kobiet, które jedna po drugiej przerywały milczenie, i decydowały się dochodzić swoich praw w sądzie, posuwała się do takich metod jak podstawianie swoich przekupionych lekarzy, którzy nie informowali pracownic o ich rzeczywistym stanie zdrowia i wydawali nieprawdziwe orzeczenia. W tej sytuacji Radowe Dziewczyny często pozostawały bezradne, a co gorsze, często żyjąc w przeświadczeniu o nieszkodliwości radu, nadal każdego dnia przyjmowały kolejne dawki radioaktywnej substancji.

Wiele z nich nie doczekało upragnionej sprawiedliwości. Niektóre otrzymały prawidłową diagnozę dopiero wiele lat po śmierci, gdy ich szczątki poddawane badaniom, nadal były silnie radioaktywne.

Dziś oczywiście farba radowa nie jest już używana do produkcji zegarków.

Można jednak znaleźć pozostałości „ery radowego szaleństwa” na targach staroci czy pokryte warstwą kurzu i zapomniane gdzieś na strychu u babci.

Czy mogą być one niebezpieczne?

To zależy. Po pierwsze od tego, jak duża jest moc dawki emitowanej przez zegarek, jak długo mamy z nim kontakt i z jakiej odległości. Warto tu jednak zaznaczyć, że w większości zegarków osobistych, ilość farby była niewielka, więc i „ilość” promieniowania nie jest szkodliwa. Kompletne zegarki, które potencjalnie mogłyby mieć kontakt z naszym ciałem w trakcie ich noszenia na nadgarstku, mają metalową obudowę, która pełni rolę osłony dla części emitowanego promieniowania. Na zegarek patrzymy z pewnej odległości, więc też minimalizujemy wpływ promieniowania, bo moc dawki maleje z kwadratem odległości.

Co może budzić ewentualny niepokój? Niekompletne zegarki z nieosłoniętymi elementami pokrytymi farbą radową, ponieważ wtedy istnieje ryzyko skażenia wewnętrznego, czyli dostania się radioaktywnej (i wciąż emitującej promieniowanie) substancji do wnętrza organizmu.

Nie bez znaczenia jest fakt, że czas połowicznego rozpadu radu, czyli czas po którym jego aktywność maleje o połowę, wynosi ok 1600 lat, więc jeszcze długo będzie świadectwem tej historii zapisanym w atomach…

 

 

 

czarno białe zdjęcia: http://www.libraries.rutgers.edu/history_of_medicine/manuscripts/us_radium_corporation

zegarek z farba radową: własność Anonimowego Dozymetrysty z www.promieniowanie.blogspot.com, pożyczona na potrzeby występu w FameLab Polska 2020

 

 

Pierwszy raz

Kiedy poczułam, że lubię występować?

Temat był do pewnego momentu trudny i drażliwy. Niby nie ja jedna byłam nieśmiałym dzieckiem pozbawionym pewności siebie. Ale to nie wszystko. W tym miejscu jestem prawie pewna, że oprócz mnie nikt ne pamięta tego traumatycznego wydarzenia, które mało brakowało, a zrujnowałoby mi życie. [edit: mama pamięta, ale serce matki wybacza wszystko]

Zima. Grudzień. Śnieg za oknem. Szarówka. Pakuję się, biorę wieszak z moja piękna białą sukienką z tiulem. Ręcznie szyta, dziś będę na pewno najpiękniejsza! Tak długo czekałam na ten dzień!

W tym momencie sięgam do kieszeni dresów i zdziwiona wyciągam z nich pomiętą kartkę. Moje serce na chwilę się zatrzymuje, a łzy napływają do oczu. Ale ja wiem że Czasu nie cofnę ani nie zatrzymam. The show must go on. Tik tak tik tak…. wybija godzina zero. Wychodzę ja cała na biało, obok mnie on.

Bałwan.

Moje pierwsze i ku*wa ostatnie… jasełka! I ostatnie nieokupione wymiotami i migotaniem serca publiczne wystąpienie.

Kiecka uszyta (tak, rzeczywiście, byłam najładniejsza. Tiul ponoć ładnie się układał, jak zbiegałam w spazmach ze sceny), ale niestety tekst z wymemłanej kartki znała tylko Pani z przedszkola.

Dzisiejsza ja albo miałabym obcykany tekst, albo wyczuwając klimat imprezy i znając kontekst, że zima, że śnieg itd., spojrzałabym w oczy bałwanka, omiotła spojrzeniem zebranych na sali i mentorskim tonem powiedziałabym, co wiem. A nie co było na kartce.

Czy tak czasem robię w dorosłym naukowym życiu?

 

O tym, co było pomiędzy pierwszym publicznym wystąpieniem a tym ze zdjęcia, w kolejnym wpisie.