Co mi dała praca w laboratorium?

Co mi dała praca w laboratorium?

Praca w laboratorium zanim do niego trafiłam, kojarzyła mi się z czymś:

A) nieosiągalnym intelektualnie. Pierwsze kłamstwo.

B) nudnym. Jeszcze większą bzdura.

C) czymś, co pozwala odkrywać świat i doskonalić swoją osobowość, dodawać skrzydeł (żartuje. Poniosło mnie. Nie myślałam tak ;p ale okazało się, że to prawda! Choćby przez podróże, które są częścią tej pracy ).

Kropki się łączą. W makroskali kropki się łączą w całym naszym życiu. Przypadki układają się tak, że patrząc z perspektywy czasu wstecz, potwierdza się to, w co wierzę mocno, że wszystko dzieje się po coś.

W pracy naukowej podobnie. Czasem jedna dobra publikacja albo lampka (butelka?) wina wypita po 8h wykładów o zastosowaniu promieniowania w przemyśle to kropka łącząca fakty i tabele wypełnione danymi. To światło, które wpadnie przez inne okno pokazując ten sam świat, ale z innej perspektywy sprawiając, że rzucany przez nie cień, który układał się w środkowy palec recenzenta, teraz jest palcem wskazującym prawidłowy tok myślenia.

Znowu mi nie wyszło

Znowu w życiu w labie mi nie wyszło, czyli po czym poznasz przyjaciela

Statystycznie 100% ludzi doświadczyło lub doświadczy w swoim życiu porażki. Mniejszej lub większej. Można by było filozoficznie zapytać „czym jest porażka?” albo „co tak naprawdę znaczy żyć?” 😉

Odrzucając zboczenie zawodowe, doprecyzowania, wyjątki, założenia hipotetyczne czy doszukiwania się związku z prawami mechaniki kwantowej… Przyjmijmy powyższe statystyki, jako umowny punkt wyjścia.

Pewna osoba, która szczyci się mianem najlepszego handlowca na swoim podwórku (ciężko podważyć, poparte nagrodami) uważa, że dystans między ludźmi znika po pierwszej „ku*wie”.

Ja uważam, że w moim świecie możesz kogoś nazwać dobrym znajomym, jeśli bez obaw, przy piwie czy innej okazji, opowiadasz mu, ile razy coś zepsułeś, ile razy wyłączył Ci się sprzęt, ile razy nie zapisałeś wyników. Albo kliknąłeś nie ten guzik, niwecząc wszystko, zanim mogłeś wkleić tę malutką czerwona tabelkę do prezentacji (która potem powtarza się kolejne 5 razy tyle, że w innych kolorach i dla niepoznaki jako transpozycja), z której jesteś tak dumny, jakbyś właśnie dostał Nobla.

Fatalny dzień

W oparach absurdu

Są takie dni kiedy wcale nie musi być 13-ty i piątek skorelowane na kartce kalendarza. Ten dzień jest tak fatalny, że nawet nie da Ci równych szans, żebyś się na niego przygotował.

Przychodzi z zaskoczenia. Lubi nawet trochę zrobić Cię w przysłowiowego ch. Budzisz się rano, słońce świeci, a Ty nie mając żadnych danych arogancko rzucasz  hipotezę, że „to będzie dobry dzień”.

Każda kolejna godzina jednak… pokazuje Ci, jak bardzo się myliłeś.

Zaczyna się niewinnie od samochodu, który nie odpala, ale jeszcze Cię to nie rusza. Na przystanek przejdziesz się dla zdrowia i dla dobra planety przejedziesz się autobusem.

Przychodzisz na przystanek. Dla dobra planety przejedziesz się następnym, myślisz podziwiając reklamę psiego jedzenia pomiędzy oddalającymi się czerwonymi światłami.

Najgorsze dopiero nadejdzie. Czujesz to swoim 17 zmysłem. Wiecie że mamy więcej niż 5? I wcale nie chodzi tu o kobiecą intuicję . Umiera więc teoria, że foch jest bezwarunkową reakcja organizmu na to, że „ja wiedziałam, bo ty zawsze”.

To jest taki dzień, kiedy zapominasz pudelka z obiadem, sos z kebaba kapie na koszulę, pada ci bateria a ładowarkę zjadł pies. W duchu myślisz, że kupił byś mu te karmę z reklamy, ale w tej sytuacji…. przychodzisz do labu.

Po tygodniu przygotowania i tygodniu pomiarów, które zgodnie z planem kończą się za tydzień, ktoś w piątek… wyłącza zasilanie w labie. „Ja tu jestem sterem żeglarzem okrętem! Kto śmie… ” – ego cierpi, wiadomo. Ale wtedy dociera do mnie powaga sytuacji.

Co tu się zadziało?? krzyczę głośno polski przecinek, a potem stoję patrząc z niedowierzaniem. Pani sprzątająca uznała widocznie, że pozostałe wartości stężenia radonu w powietrzu, które powinny zostać odczytane i zapisane na dysku, można sobie wywróżyć z fusów z tej szklanki, która na moim biurku zakwitła biała pleśnią, oddając w tym momencie hołd mojej nienarodzonej publikacji wyników w renomowanym piśmie o niebotycznie wysokim impaktfaktorze, która miała dać mi punkty. I satysfakcję.I „szacunek ludzi ulicy”.

Zabawa w pracę

Czy da się lubić swoją pracę?

Często będąc w pracy, pracując jeszcze na etacie w laboratorium, zastanawiałam się, jak to możliwe, że siedzę, bawię się jak dziecko i mi za to płacą. Uczyłam się tyle lat, liczyłam całki, zaliczyłam po kilka razy potwornie trudne egzaminy, uczyłam się o laserach, o implantach o wiązaniach wodorowych i o nurtach filozoficznych, żeby teraz robić  z takim zapałem to, co robię. W tym czasie poważni panowie z mojego rocznika prowadzą poważne negocjacje w poważnych międzynarodowych korporacjach.

A ja? Trochę dziwne to wszystko. Mam w jednej ręce wielka czarna walizka z rzucającą się w oczy żółtą naklejką budzącą grozę. Trochę na wyrost, bo nie mam w środku nic nielegalnego, tylko sprzęt pomiarowy, więc radioaktywna koniczyna jest wyłącznie do ozdoby.

Na wózeczku o 2 kolach ciągnę za sobą przeciętą na pół butlę gazową, z której sterczą plastikowe wężyki. Parkuje mobilny lab na trawniku i po chwili wracam z 1.5 metrowymi tyczkami. Ha! Zapomniałam o młotku! Biegnę i wracam z wielkim gumowym młotkiem.

[Pół godziny później]

Siedzę na trawie, ptaszki śpiewają, wiatr rozwiewa włosy, a komora jonizacyjna w mierniku bada stężenie radonu w powietrzu glebowym.

W takich warunkach poniedziałki nie bolą, a we wtorek nie zaczyna się nerwowe odliczanie do piątku.

Boisz się promieniowania? OTWÓRZ okno!

W ostatnim tygodniu docierały do nas informacje o zagrożeniu radiacyjnym z co najmniej dwóch różnych źródeł.

Zaczęło się od pożarów w Czarnobylu

Nie chcę trzymać w niepewności, dlatego opowiem na dwa pytania na początku:

Czy pożary w Czarnobylu, w bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni mają miejsce? TAK

Czy występuje w tej chwili jakiekolwiek realne zagrożenie dla nas, w Polsce? NIE

Nieprawdziwe informacje dotyczące radioaktywnej zabójczej chmury dementują już w tej chwili wszystkie poważne źródła od ekspertów Ochrony Radiologicznej po oficjalne źródło danych na temat sytuacji radiologicznej kraju – Państwową Agencję Atomistyki.

Gdzie jeszcze szukać rzetelnych i sprawdzonych informacji? Dobrym źródłem jest fanpage napromieniowani.pl na Facebooku. Administratorzy udostępniają informacje z pierwszej ręki, czyli od osób, które w tej chwili przebywają w Strefie. Tam też wiele osób z całej Polsce wrzuca zdjęcia z własnych pomiarów (to może przekona „niedowiarków” i miłośników teorii spiskowych pt.” na pewno źle się dzieje, ale celowo nic nam nie mówią”).

Poniżej moc dawki na Warszawskim Ursusie w dniu 18.04.2020 (wszystko w normie)

Żeby było jasne, nie bagatelizuję problemu. Jest mi osobiście strasznie przykro, bo właśnie jesteśmy świadkami tego, jak bezpowrotnie ginie kawał historii, a z punktu widzenia nauki, tracimy jedyne takie „laboratorium pod gołym niebem”. To miejsce już NIGDY nie będzie takie samo.

Awaria Reaktora Maria czy awaria… zdrowego rozsądku?

Jak się kończy zabawa w „głuchy telefon” wiedzą już dzieci w przedszkolach. Chwilowo mogły zapomnieć, bo placówki są pozamykane z powodu pandemii. Ale my, dorośli, nie powinniśmy zapominać. Przede wszystkim o zdrowym rozsądku.

Nie każdy z nas zna osobiście fizyka jądrowego. To nie jest jakiś wymierający gatunek, ani inny mityczny twór. Istniejemy 😉 Ale umówmy się, jest to dosyć niszowa dziedzina. Nie każdy może złapać za telefon, zadzwonić i zapytać.

Dlatego jestem daleka od tego, żeby piętnować osoby powtarzające takie informacje, jeśli mają ODPOWIEDNIE intencje. A większość osób jednak jest najzwyczajniej w świecie zaniepokojona. I chce wiedzieć, czy coś się dzieje. To dobrze, że pytamy, szukamy odpowiedzi. Ale jednocześnie trzeba się liczyć z tym, co nieuniknione, że ten niepokój będzie się udzielał i będziemy się nim nawzajem „zarażać”.

Wiedza i świadomość dotyczące promieniowania jonizującego wśród nie-fizyków często sprowadza się do znajomości kilku haseł, takich jak „rentgen”, Czarnobyl i elektrownia atomowa. Większość z nas kojarzy hasła, ale czy zapytana, jak powstaje promieniowanie w lampie rentgenowskiej, jest w stanie udzielić poprawnej merytorycznie odpowiedzi?

Prawdopodobnie nie. Ale nie jest to większości z nas potrzebne do szczęścia.  W przeciwieństwie do poczucia bezpieczeństwa, które jest niezbędne. A strach i niepewność są pożywką, którą uwielbiają internetowe trolle, niestety.

Boisz się promieniowania? OTWÓRZ okna!

Nie, nie pomyliłam się ani nie zachęcam do życia na krawędzi i wystawiania swojego zdrowia na próbę!

Odnosząc się do tego typu zaleceń. Jeśli ktoś Ci mówi, że dziś, aby uchronić się przed promieniowaniem, musisz zamknąć okno… To nieprawda.

Dlaczego? Już wyjaśniam.

To, co widać powyżej to kołowy wykres przedstawiający dawkę efektywną promieniowania, jaką otrzymuje statystyczny Polak każdego roku (wykres powstał na podstawie Raportu Rocznego Prezesa PAA z 2018 roku). Te wartości każdego roku są zbliżone (na szczęście). Wykres nazywany jest potocznie „serkiem”. Osobiście razi mnie to infantylne określenie, co nie zmieni faktu, że zawiera on dużo istotnych informacji 😉

Całe koło to dawka efektywna pochodząca ze wszystkich możliwych źródeł, tych sztucznych (jak prześwietlenie złamanej ręki) i tych naturalnych jak potas K-40 z bananów, promieniowanie kosmiczne albo naturalne promieniowanie śpiącego obok męża lub innego konkubenta (jak duża dawka, to zależy m.in. od masy i budowy ciała, ale o tym innym razem).

Jak widać zaledwie 35% całego koła to promieniowanie sztuczne, a te najbardziej chwytliwe medialnie, jak awarie czy inne zdarzenia z czynnikiem ludzkim w roli głównej to nieco ponad 0,1 %.

Reszta to promieniowanie ze źródeł naturalnych. Jeśli z nich utworzylibyśmy oddzielny serek wykres to znowu możemy uchwycić proporcje, jak duża dawka pochodzi od poszczególnych składowych. I tym razem aż 65% to dawka od radonu.

Od… czego?

W końcu przechodząc do sedna. Radon to bezbarwny, bezwonny, cięższy od powietrza naturalnie występujący promieniotwórczy gaz szlachetny. Jak mantrę powtarzam to zdanie, od którego zaczyna się większość moich wykładów, większość czytanych publikacji czy studenckich sprawozdań (ze wstępem kopiowanym z Wikipedii). Ale póki co, należy to pojęcie wyjaśniać. Ostatnio podczas wywiadu zapytana o moje zawodowe marzenie odpowiedziałam bez wahania, że marzy mi się taki moment, kiedy wyjdę na ulicę i zapytam pierwszą lepszą osobę, co to radon, a ona mi nie powie, że to miasto w mazowieckim… Chciałabym, aby definicja tego słowa była tak oczywista jak definicja np. smogu. Póki co, spieszę z wyjaśnieniem.

Radon (nie radoM)

Radon to naturalny pierwiastek, który powstaje z obecnego w Ziemi radu (tak, to ten sam rad który odkryła Maria Skłodowska-Curie i jej mąż Piotr). Rad z kolei powstaje z Uranu. Ponieważ rad „żyje” bardzo długo, ponad tysiąc lat, to proces przemiany radu w radon zachodzi nieustannie przez cały czas. Uran, rad i inne naturalne pierwiastki promieniotwórcze to ciała stałe. A radon jest gazem. Jako gaz ulatnia się z ziemi, z miejsca, gdzie powstał i staje się składnikiem powietrza, którym oddychamy.

Gdzie jest go najwięcej? Najwięcej jest w Ziemi. Jeśli wydostanie się do atmosfery to miesza się z powietrzem nie stanowiąc zagrożenia (o tym za chwile). Gdy jednak z Ziemi przedostanie się prosto do wnętrza budynku przez szczeliny fundamentów zaczyna się kumulować.

Szybka zagadka. Skumuluje się w piwnicy czy teleportuje na strych? Brawo Sherloku! A jeśli nie masz piwnicy? Może na jego drodze stanie Twoja sypialnia albo pokój dziecka?

Wpływ radonu na zdrowie

Radonu nie widać ani nie czuć, więc bez odpowiednich pomiarów nie da się ocenić czy jego stężenie jest niskie czy wysokie.  A warto to wiedzieć, bo zdaniem Światowej Organizacji Zdrowia WHO, radon to 2 po paleniu czynnik powodujący nowotwory układu oddechowego u ludzi.

Wpływ radonu na zdrowie to temat, który opiszę szerzej w oddzielnym wpisie.

To co powinieneś wiedzieć:

  • Przebywanie w podwyższonych stężeniach radonu może powodować raka płuc.
  • Skala zjawiska? W samych Stanach Zjednoczonych na raka płuc związanego z ekspozycją na radon umiera rocznie nawet 21 tysięcy osób.
  • Ryzyko nowotworu płuc wzrasta wraz ze wzrostem stężenia radonu w powietrzu.

Ale nawet jeśli nie wiesz, jakie jest stężenie radonu w Twoim domu, możesz przeciwdziałać jego gromadzeniu… otwierając okno.

Podsumowując, chcesz ochronić się przed promieniowaniem? To chroń się przed realnym zagrożeniem.

Wyrzuć kożuch, otwórz okno.

Kobieta pracująca

Jak złapać równowagę między domem a pracą?

 

Są takie momenty w życiu pracujących rodziców, kiedy obowiązki wzywają ze wszystkich stron, a pośrodku mały zakatarzony człowiek, który choćby najbardziej samodzielny, w domu zostać sam nie może.

Wtedy zwykle rozpoczyna się odbijanie piłeczki i przerzucanie mniej lub bardziej merytorycznych i niepodważalnych argumentów świadczących o wyższości mojej pracy nad jego i na odwrót. [Edit: a potem nadchodzi czas pandemii i ten wpis robi się nagle aktualny przez kolejne 2 miesiące, a opisana w nim historia powtarza się codziennie jak filmowy dzień świstaka]

I kiedy tak wspomniany On wymawia głośno rząd wielkości marży w projekcie, nad którym pracuje, ja próbując zripostować wołam wycierając roczniakowi gila: „ale ja mam zlecenie z agencji!”. Zapada niezręczna cisza, która wcale nie oznacza mojego zwycięstwa przez nokaut.

Patrzę na tę zdziwioną twarz i dodaje najpoważniej, jak tylko umiem, że muszę na piątek zmierzyć zegarki.

Bo one mogą być szkodliwe.

Czuję, jak z każdym zdaniem moja pozycja negocjacyjna słabnie, ale ja nie z tych co się łatwo poddają. Dziecko pociąga głośno nosem, On patrzy i chyba by o coś zapytał, ale o co? „Jakie, kur.. zegarki?” Nie zapyta, bo dziecko. Więc patrzy.

To ja odpowiadam czytając w jego myślach. „Dostaliśmy zlecenie z Państwowej Agencji Atomistyki, żeby zbadać, czy zegarki z farbą radową mogą być szkodliwe.” Teraz się ich nie produkuje, ale ludzie mają takie rzeczy w domach, czasem sprzedają. A to jest radioaktywne. I ja mam zmierzyć jak bardzo.

Ostatecznie o tym kto został w domu zadecydowała szybka kalkulacja, deadline vs czas połowicznego rozpadu radu, który wynosi jakieś 1600 lat, wobec którego tydzień opóźnienia był nic nieznaczącym momentem.

Przegrałam 😉

 

Przy okazji polecam książkę pt. „Radium Girls”. Jest to historia młodych dziewczyn, które pracowały przy malowaniu cyferblatów farbą zawierającą rad. Jak to się dla nich skończyło, opisuje tutaj.

 

 

Pierwszy raz

Kiedy poczułam, że lubię występować?

Temat był do pewnego momentu trudny i drażliwy. Niby nie ja jedna byłam nieśmiałym dzieckiem pozbawionym pewności siebie. Ale to nie wszystko. W tym miejscu jestem prawie pewna, że oprócz mnie nikt ne pamięta tego traumatycznego wydarzenia, które mało brakowało, a zrujnowałoby mi życie. [edit: mama pamięta, ale serce matki wybacza wszystko]

Zima. Grudzień. Śnieg za oknem. Szarówka. Pakuję się, biorę wieszak z moja piękna białą sukienką z tiulem. Ręcznie szyta, dziś będę na pewno najpiękniejsza! Tak długo czekałam na ten dzień!

W tym momencie sięgam do kieszeni dresów i zdziwiona wyciągam z nich pomiętą kartkę. Moje serce na chwilę się zatrzymuje, a łzy napływają do oczu. Ale ja wiem że Czasu nie cofnę ani nie zatrzymam. The show must go on. Tik tak tik tak…. wybija godzina zero. Wychodzę ja cała na biało, obok mnie on.

Bałwan.

Moje pierwsze i ku*wa ostatnie… jasełka! I ostatnie nieokupione wymiotami i migotaniem serca publiczne wystąpienie.

Kiecka uszyta (tak, rzeczywiście, byłam najładniejsza. Tiul ponoć ładnie się układał, jak zbiegałam w spazmach ze sceny), ale niestety tekst z wymemłanej kartki znała tylko Pani z przedszkola.

Dzisiejsza ja albo miałabym obcykany tekst, albo wyczuwając klimat imprezy i znając kontekst, że zima, że śnieg itd., spojrzałabym w oczy bałwanka, omiotła spojrzeniem zebranych na sali i mentorskim tonem powiedziałabym, co wiem. A nie co było na kartce.

Czy tak czasem robię w dorosłym naukowym życiu?

 

Życie w świecie on-line

Do pewnego momentu nie uprawiałam internetowego ekshibicjonizmu. Nadal na moim prywatnym profilu w mediach społecznościowych nie zobaczysz, co jadłam na śniadanie ani jak wygląda mój facet w kąpieli (ten roczny), raczej nie wrzucę zdjęcia topless (choć właśnie tak zazwyczaj piszę swoje teksty* ). Za to bardzo polubiłam udostępnianie merytorycznego „contentu” i dzielenie się wiedzą. Wciągnęła mnie niesamowicie popularyzacja nauki. Okazało się, że jest interakcja i że po tej drugiej stronie są ludzie, którzy chcą słuchać i czytać, poznawać nowe rzeczy. A ja mogę się dzielić tym, co kocham. Czasem popełniam też bardziej osobiste wpisy jak ten, nie wychodząc jednak nadal poza pewne pierwotnie założone granice. Nauka, edukacja i tematy powiązane.

I tak sobie istnieję w tym moim wirtualnym świecie, zwłaszcza teraz, w czasie pandemii. Tu coś napiszę, tam coś napiszę. Tu się komuś spodoba, tam ktoś skomentuje. Ale nie może być cały czas tak kolorowo…

ja vs krytyka

Krytyka w życiu codziennym (tym realnym i pozainternetowym) jest czymś nieco innym niż krytyka w internecie. Bardzo fajnie o tym opowiedział Maciej Wieczorek na kanale biznes 2.0. Ogólnie polecam. On tam m.in. powiedział, że aby się przejmować krytyką i brać ją do siebie, muszą być spełnione 2 warunki. Żeby było jasne – oba jednocześnie! Osoba, która Cię krytykuje musi być a) kompetentna i b) życzliwa. Więc jeśli ktoś w internecie Cię obraża to nie jest z definicji życzliwy, a jeśli nie zna się na temacie i zarzuca Ci, że nie masz racji, to nie jest kompetentny. Żeby sobie z krytyką radzić, zarówno w internecie, jak i w życiu, trzeba oprócz tej wiedzy tajemnej mieć dystans. I czasem umieć się powstrzymać od wchodzenia w interakcje.

To tyle w teorii.

Mój problem polega na tym, że mam poczucie misji. Cholerną chęć naprawiania świata i naiwną wiarę w ludzi. Czasem dzięki temu jest łatwiej, bo nie muszę „weryfikować” tego, co czuję, że jest dobre. I mówię całkiem serio, wychodząc z założenia, że świat jest cudownym i pozytywnym miejscem, najczęściej ta teza się po prostu potwierdza. A jeśli nie? To czy miałabym na to wpływ?

Mam kilka przykładów z życia wziętych. Np dlaczego płakałam jak mi kilka lat temu ukradli samochód spod okna? Nie, nie dlatego, że nie mam samochodu. I wcale nie dlatego, że nie zdążyłam go ubezpieczyć…  Płakałam z powodu trudnego do opisania rozczarowania tym „innym człowiekiem”, który się połasił na cudzą własność. Cudzego Hyundaya I20. Teraz to mi go nawet żal, bo jak już ryzykował to mógł podejść do sprawy bardziej ambitnie. Obok miał kilka samochodów marek premium. Ale do tego trzeba by było mieć jaja. On bez jaj, ja bez samochodu. Ale dalej z naiwną wiarą w drugiego człowieka i jego dobre intencje.

 

 

* Przygotowuję też często oferty, odpowiadam na maile w takimm niekompletnym stroju. Nie zobaczysz mnie jak robię TO w parku albo galerii handlowej czy w restauracji, ale sytuacja poniekąd zmusiła mnie w ostatnim roku do owianego złą sławą multitaskingu, kiedy stał się on moją jedyną szansą na przetrwanie. Przetrwanie bez ubranka z wiązanymi rękawami 😉 Zgadniesz, co mam na myśli i co mają do tego „gołe cycki”? jeśli nie to odsyłam do doktoratu siostry Marii Skłodowkskiej, Bronisławy Dłuskiej, która naukowo zajmowała się właśnie… karmieniem piersią 🙂 )

 

 

.